gohome en
Cycling-Recycling
tytul: Warszawa kocha recyklingtytul: Kartoniki to ekologiczne opakowania!tytul: EkoWalentynki 2015tytul: Nie strzelam w Sylwestra!tytul: Ropa, trzecia odsłonatytul: Co z tą ropą? cdtytul: Co z tą ropą?tytul: Recykling zakwitł w Bielsko Białej
min
PRZECZYTAJ

Ropa, the end

Wydobycie ropy nie rośnie już wykładniczo – jeszcze rośnie, ale już bardzo niemrawo. W obliczu końca wykładniczego (...)

Część 4. Energia a gospodarka

Wydobycie ropy nie rośnie już wykładniczo – jeszcze rośnie, ale już bardzo niemrawo. W obliczu końca wykładniczego wzrostu dostaw krytycznego zasobu, wymagający wykładniczego wzrostu system finansowo-gospodarczy zaczyna doświadczać problemów, manifestujących się jako kryzys systemu finansowego.

Jest tak, gdyż tania energia jest podstawą działania naszej gospodarki. To, co się dzieje, kiedy energia staje się znacznie droższa, ma bardzo poważne konsekwencje. Prześledźmy to na przykładzie początków ostatniego światowego kryzysu gospodarczego.

Począwszy od 2002 roku, ceny ropy rosły rocznie o 30%. I nie dotyczyło to jedynie cen ropy, lecz także innych nośników energii. Ceny gazu naśladowały ceny ropy z 6–9–miesięcznym opóźnieniem. Jeszcze w 2007 roku Europa kupowała rosyjski gaz po około 250 dolarów/1000 m3, w drugiej po-łowie 2008 roku cena sprzedawanego do Europy gazu wzrosła do 500 dolarów za 1000 m3, a szef Gazpromu zapowiedział, że kiedy cena baryłki ropy osiągnie 250 dolarów, cena sprzedawanego przez Rosję gazu wzrośnie do 1000 dolarów za 1000 m3. W górę poszybowały również ceny węgla, które od wielu lat kształtowały się na poziomie 40–60 dolarów za tonę – w 2007 roku cena węgla sięgnęła ponad stu dolarów za tonę, we wrześniu 2008 roku 150 dolarów, a w niektórych kontraktach nawet 200 i 300 dolarów za tonę.

Wraz ze wzrostem cen ropy (i innych nośników energii) na ich zakup przeznaczane są coraz większe kwoty. Te środki, zamiast służyć trwałym inwestycjom, które mogłyby tworzyć miejsca pracy i budować przyszły dobrobyt, są bezpowrotnie puszczane z dymem.

Ilustracja 1 Zmiany cen węgla w zestawieniu z cenami ropy.

W USA cena galona benzyny wzrosła z 1 do 4 dolarów. Nie jest to jednak abstrakcyjna finansowa informacja, ale konkretna zmiana w sposobie zarządzania rodzinnym portfelem. Osoby mieszkające na dalekich przedmieściach i dojeżdżające do pracy terenówką mogły sobie pozwolić na dojazdy, kiedy benzyna kosztowała dolara za galon, jednak gdy cena tak bardzo wzrosła, stało się dla nich trudne pogodzenie dojazdów z dotychczasowym poziomem życia i spłatą rat kredytowych. Domy, w których mieszkali, stały się przez to mniej atrakcyjne, więc ich cena zaczęła spadać. Była to jedna z przyczyn pęknięcia bańki na rynku nieruchomości.

Rosnące ceny nośników energii przekładają się nie tylko na droższą jazdę samochodem, ale i na droższy transport międzynarodowy. Cena przewozu kontenera z Szanghaju na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych wzrosła z 3 do 8 tysięcy dolarów. Drożały surowce, rosły koszty produkcji żywności i towarów przemysłowych. Zdrożała elektryczność i ceny ogrzewania. Rosnące ceny zaczęły wywierać ciśnienie inflacyjne, więc FED podniósł stopy procentowe, co podniosło raty kredytowe. W tych warunkach nie było chętnych na nowe (droższe) kredyty. Była to kolejna przyczyna pęknięcia bańki na rynku nieruchomości.

Postawieni w obliczu rosnących kosztów (i spadku wartości aktywów, szczególnie domów) ludzie zaczęli oszczędzać. Niektórych wydatków trudno jest uniknąć – zakupu paliwa na dojazdy do pracy, ogrzewania domu, spłaty rat kredytowych itp. Ale są też takie, bez których można się przez jakiś czas obyć, na przykład wymiana samochodu czy telewizora na nowszy model. Co to oznacza z punktu widzenia producentów tych dóbr? To, że spada na nie popyt, a za nim sprzedaż i zyski – firmy ograniczają więc produkcję, a pracowników zwalniają (ewentualnie przenieść na część etatu).

Osoba zwolniona z pracy w fabryce samochodów oczywiście nie kupi nowego telewizora. Nie wykupi wycieczki wakacyjnej, noclegów w hotelu i nie pójdzie na obiad do restauracji. Fala recesji rozlewa się na biura podróży, linie lotnicze, hotele, restauracje i kolejne sektory gospodarki. Również same firmy wstrzymują inwestycje i wydatki, przenosząc recesję na inne sektory, w których również dochodzi do zwolnień. Bezrobocie rośnie coraz bardziej, a ludzie zwolnieni z pracy nie mogą znaleźć nowych posad. Tymczasem cały czas mają do spłacenia kredyty za domek na przedmieściu i raty za samochód. O kosztach benzyny, ogrzewania domu, żywności i całej reszcie nie wspominając. Co wybiorą? Spłatę kredytu czy zakup jedzenia dla rodziny?

Kolejne zwolnione z pracy osoby zaczynają mieć problemy ze spłatą rat kredytów (które zresztą, w obliczu wyższych stóp procentowych, wzrosły). Banki wysyłają monit, drugi, trzeci – po czym przystępując do przejmowania nieruchomości. Bank oczywiście nie jest od tego, żeby trzymać u siebie na stanie niezamieszkany dom, szczególnie, gdy ceny nieruchomości spadają – realne jest też ryzyko, że wprowadzą się tam bezdomni czy narkomani, a dom zostanie zdewastowany. Co robi więc bank? Wystawia dom na sprzedaż po obniżonej cenie, chcąc odzyskać choć część pieniędzy. Jednak ponieważ po gospodarce rozlewa się fala bankructw, takich domów są miliony – ceny nieruchomości załamują się, a z bańki nieruchomości schodzą resztki powietrza.

Wielu ludzi dochodzi do wniosku, że skoro wartość ich nieruchomości jest sporo niższa od kwoty kredytu, stającego się dla nich coraz trudniejszym do spłacenia, to „niech bank bierze sobie ten dom – ja wyjdę na tym lepiej”. Rynek zalewa fala nieruchomości, z których wiele, pomimo nadzwyczaj niskich cen, w ogóle nie znajduje nabywców. Kryzys rozlewa się na sektor budowlany, bankowy i ubezpieczeniowy. Do bankructw osób dochodzą też coraz liczniejsze bankructwa firm. Indeksy giełdowe spadają.

W tym momencie, w obliczu licznych niewypłacalności i spadających cen nieruchomości, akcji i różnych innych aktywów i papierów wartościowych (z których zresztą wiele metodami inżynierii finansowej i tak zostało stworzonych jako mocno „śmieciowe”), okazuje się, że bilanse banków są „pod wodą”, a cały szereg wielkich, mocno zlewarowanych instytucji finansowych jest w zasadzie bankrutami.

Wszystkie mechanizmy związane z opartą na długu gospodarką wzrostu, które sprzyjały ekspansji ekonomicznej, w warunkach recesji zaczęły działać na niekorzyść. Nagle z rynku wyparowały olbrzymie kwoty wirtualnych pieniędzy – spadła wartość nieruchomości, akcji i przedsiębiorstw. Ludzie i firmy zostali z olbrzymimi kredytami, ale bez możliwości ich spłaty, bo przecież gospodarka przestała rosnąć i suma dostępnych pieniędzy również jest niewystarczająca dla wszystkich. Znaczący wzrost liczby bankructw przygniótł sektor ubezpieczeniowy, który zaczął mieć problemy z pełnieniem swojej funkcji.

Gdy 15 września 2008 roku upadł bank Lehman Brothers (który szczególnie mocno zaangażował się w grę instrumentami finansowymi rynku hipotecznego), a dzień później załamał się największy amerykański ubezpieczyciel AIG (który za pośrednictwem CDS masowo ubezpieczał toksyczne i bezwartościowe instrumenty finansowe), system finansowy został sparaliżowany – banki straciły zaufanie nie tylko do osób prywatnych i firm, lecz nawet do siebie nawzajem, woląc zachować pieniądze, niż je pożyczać. Na całym świecie banki – nie ufając swoim partnerom – wstrzymały akcję kredytową.

Nikt przecież nie wiedział, kto ma ile trupów w swoich szafach z księgami rachunkowymi i kto może być następny. W efekcie wiele banków zbankrutowało.

Sektor finansowy, nieledwie w panice, zwrócił się więc o pomoc do rządu, argumentując, że trzeba ratować instytucje finansowe „zbyt duże, żeby upaść”. Rządy uznały, że nie mogą dopuścić do rozpadu systemu finansowego, do akcji ratunkowej włączyły się więc banki centralne. Aby uniknąć wyparowania z rynku setek miliardów dolarów w wyniku bankructw Fannie Mae, Freddie Mac i AIG, rząd amerykański przejął je wraz z ich zobowiązaniami, a wielu bankom pomógł, wykupując od nich za ciężkie pieniądze toksyczne instrumenty finansowe wątpliwej wartości. W ten sposób banki sprywatyzowały sobie zyski, przenosząc straty na podatników. Bankierzy mogli wypłacić sobie sowite premie.

Budżety państw znalazły się zaś w poważnych opałach. Z jednej strony dofinansowanie banków, stymulowanie gospodarki i zasiłki dla bezrobotnych i spowodowały eksplozję wydatków, z drugiej zaś padły przychody z CIT (firmy nie miały zysków), PIT (bezrobotni go nie płacili, a i tym, którzy wciąż mieli pracę, płace nie rosły) i VAT (obroty spadły). Deficyty budżetowe eksplodowały, a zadłużenie zaczęło szybko rosnąć. Już przed kryzysem zadłużenie szeregu krajów było na poziomie w zasadzie uniemożliwiającym jego spłacenie nawet przy wysokim tempie wzrostu gospodarczego. Eksplozja zadłużenia, połączona ze spadkiem PKB i brakiem perspektyw jego wzrostu uczyniły perspektywy spłacenia zadłużenia matematyczną niemożliwością. W wielu krajach (np. Japonia, Grecja, Włochy, …), gdyby nie sztucznie utrzymywane przez banki centralne niskie stopy procentowe, wątpliwa byłaby już sama możliwość obsługi odsetek od długu, nie mówiąc o jego spłacie.

Ogarniająca świat recesja spowodowała, że ludzie i przedsiębiorstwa zaczęli oszczędzać, mniej jeździć samochodami, kupować mniej produktów, wstrzymali inwestycje. W rezultacie nastąpił znaczący spadek zapotrzebowania na ropę – w samych USA o 2 mln baryłek dziennie (czyli 10% tamtejszego zużycia). Przełożyło się to na spadek cen – w ciągu pół roku od lipca 2008 do stycznia 2009 spadły one z poziomu blisko 150 dolarów do poniżej 40 dolarów. Pogrążone w kryzysie gospodarki importerów ropy odetchnęły z ulgą. Na chwilę.

W opublikowanym w 2009 roku opracowaniu Przyczyny i Konsekwencje Szoku Naftowego 2007-2008 James Hamilton – ekonomista z Uniwersytetu w San Diego – przeanalizował, jak zmieniały się wydatki konsumentów w odpowiedzi na wzrost cen energii. Studium pokazuje, jak nieelastyczny jest popyt (niezależnie od ceny ropy, wysoko uprzemysłowiony kraj nie może z niej zrezygnować, bo jest niezbędna do jego funkcjonowania), a praktycznie całe spowolnienie ekonomiczne można przypisać wzrostowi cen ropy.

Czy wobec tego obecny kryzys powinniśmy przypisać pęknięciu rozdętej bańki finansowej, czy też niedoborom ropy? To źle postawione pytanie. Zadziałała tu kombinacja obu czynników. Gdyby nie gwałtowny wzrost cen energii, radosna piramida kreatywnej inżynierii finansowej mogłaby narastać jeszcze przez jakiś czas – ale i tak w końcu musiałaby pęknąć, nawet bez wzrostu cen energii. Podobnie, gdyby nie pęknięcie rozdętego balonu spekulacyjnego na rynku nieruchomości, który przekłuły ceny ropy przez wepchnięcie światowej gospodarki w recesję, gospodarka mogłaby strawić nawet wyższe jej ceny, lecz w pewnym momencie i tak pękłoby najsłabsze ogniwo systemu. W tym przypadku był to rynek kredytów hipotecznych w USA. Nie ma sensu pytanie, który z tych czynników był ważniejszy i jak bardzo. W 2008 roku doszło do ich splotu, który skończył się wybuchem kryzysu.

Jeśli świat rzeczywiście stanął w obliczu Peak Oil, a przynajmniej braku wzrostu ilości dostępnej energii, to musimy się liczyć z tym, że światowa produkcja i PKB również nie będą rosnąć, a mogą nawet spadać. Dodajmy do tego starzenie się społeczeństw (lub w ogóle spadek populacji krajów rozwiniętych), wysokie obecne zadłużenie i deficyty, a otrzymamy finansowo gospodarczą mieszaninę piorunującą, zwiastującą zbliżanie się do końca epoki wzrostu.

W odpowiedzi na problemy z uzyskaniem realnego wzrostu gospodarczego rozpoczęła się jego stymulacja. Na całym świecie banki centralne podejmują działania, które jeszcze dekadę temu były zarezerwowane jedynie dla „republik bananowych”, w mniej lub bardziej otwarty sposób drukując biliony dolarów/euro/funtów/jenów i obniżając stopy procentowe do poziomów nie widzianych od stuleci, nawet poniżej zera. Zadłużenie banków centralnych i rządów narasta lawinowo, a gospodarka światowa wciąż uparcie nie chce wrócić na dawne tory wzrostu. Kryzys został „zamieciony pod dywan”, ale żadne problemy strukturalne leżące u jego korzeni nie zostały rozwiązane – wręcz przeciwnie. Co doprowadziło do wyhodowania bańki na rynku nieruchomości i kryzysu kredytowego w USA? Obniżka stóp praktycznie do zera, drukowanie pieniędzy i gwarantowanie operacji finansowych – wszystko, żeby zachęcić konsumentów do wzięcia na siebie jeszcze większej ilości długu i dalszego kupowania. A jak rozwiązujemy nasze obecne problemy? Obniżając na całym świecie stopy procentowe prawie do zera, drukując pieniądze i gwarantując operacje finansowe. Inaczej mówiąc – świat robi dziś dokładnie to samo, co USA podczas hodowania swojej bańki. Tylko że obecnie rosnąca bańka jest większa, znacznie większa. Pompujemy dziś nową, globalną matkę wszystkich baniek. Jej implozja będzie bardzo spektakularna.

Powiązania miedzy gospodarką, długiem i energią są bardzo złożone. Dobrej lekcji dostarcza to, co zdarzyło się po 2008 roku.

Wraz z załamaniem się gospodarki w 2008 roku załamały się ceny ropy, do poziomu niższego od progu opłacalności uruchamiania nowych projektów – wiele z nich zostało więc zamkniętych lub zamrożonych. W pierwszym kwartale 2009 roku, gdy ceny ropy spadły do 40 dolarów za baryłkę, tylko w kanadyjskim stanie Alberta wstrzymano projekty eksploatacji piasków roponośnych warte 60 mld dolarów. Wstrzymane zostały nie tylko projekty eksploatacji piasków roponośnych i głębokowodnych złóż oceanicznych, zredukowane zostały też inwestycje w infrastrukturę – platformy wydobywcze, ropociągi i kształcenie kadr.

Kryzys sektora finansowego przekłada się na trudności z finansowaniem kosztownych i obarczonym ryzykiem projektów. Wiele firm nie było w stanie otrzymać kredytu, szczególnie że przy obniżonych przez recesję cenach ropy bank nie mógł być pewny, że przedsięwzięcie przyniesie zyski potrzebne do spłaty kredytu. Trudności finansowe pomniejszych firm naftowych, niedysponujących dużymi rezerwami gotówki, spowodowały, że dla wielu z nich ważniejsze od dotrzymania terminów inwestycji – które i tak miały przynieść zyski za wiele lat – stało się utrzymanie bieżącej płynności finansowej. Z kolei firmy naftowe posiadające spore zasoby funduszy wolały przeznaczyć je na przejęcia postawionych w trudnej sytuacji mniejszych firm, co jest łatwiejszym i efektywniejszym sposobem na zwiększenie przez nie mocy wydobywczych niż rozbudowa infrastruktury – w każdym razie z ich punktu widzenia, bo sumaryczne wydobycie w takiej sytuacji spadałoby. Gdyby sytuacja taka przedłużała się, konsekwencje dla wydobycia ropy byłyby katastrofalne.

Jednak, wraz z uruchomieniem pakietów stymulujących gospodarkę i wzrostem popytu w krajach rozwijających się, ceny wróciły do wysokiego poziomu 100 i więcej dolarów za baryłkę. Pozwoliło to na zapewnienie zyskowności wydobycia i uruchamianie nowych projektów, z pewną nawiązką kompensujących spadek wydobycia ze starych złóż. Bardzo pomogły też pakiety stymulacyjne i niskie stopy procentowe – zalew taniego pieniądza, desperacko szukającego jakiejkolwiek stopy zwrotu (polityką dodruku pieniądza oraz rekordowo niskich stóp procentowych banki centralne zadbały o to, żeby rzeczywiste, a nawet nominalne, stopy procentowe były ujemne, zmuszając tym samym do inwestycji i innego wydawania pieniędzy) zapewnił firmom wydobywczym nisko oprocentowane fundusze, które zwiększyły opłacalność inwestycji (a niejednokrotnie wręcz je umożliwiły) w wydobycie ropy i gazu z łupków, piasków roponośnych czy głębokiego oceanu. Tak więc dalsze wydobycie jest uzależnione od kontynuacji polityki łatwego pieniądza – zaprzestanie dodruku pieniędzy lub podniesienie stóp procentowych do poziomu typowego w minionych dekadach spowodowałoby pogorszenie przepływów pieniężnych, w wielu przypadkach dramatyczne, i konieczność rezygnacji z inwestycji. Decydujące dla opłacalności uruchamiania nowych projektów są też wysokie (i rosnące ceny ropy). O ile spadek cen ropy, nawet znaczący, nie wpłynąłby znacząco na bieżące wydobycie w już istniejących złożach konwencjonalnych (a nawet by je stymulował przez większą presję na utrzymanie przychodów przez firmy wydobywcze i kraje naftowe), to w horyzoncie 3-5 lat (a w przypadku szybko budowanych i szybko wyczerpujących się odwiertów ropy łupkowej znacznie szybciej) doprowadziłby do nieoddania do użytku szeregu projektów naftowych.

Jednak przy wysokich (100 dolarów) cenach ropy i niewielkim wzroście podaży światowa gospodarka (duszona dodatkowo piramidą zadłużenia i narastających nierówności) nie była w stanie rosnąć tak, jak wcześniej. Dalszy wzrost cen ropy, powyżej 130-150 dolarów, ponownie wepchnąłby świat w recesję. Tym razem jednak zastosowanie narzędzi, które pozwoliły wyrwać się z kryzysu 2008 roku – dodruku pieniądza i obniżenia stop procentowych, byłoby niemożliwe. Po prostu dlatego, że już są one w użyciu, a dalsza eksplozja zadłużenia i obniżanie stóp procentowych są już niewykonalne – banki centralne prawie całkowicie wystrzelały już swoją amunicję.

Na progu

Nawet optymistyczne prognozy IEA czy ExxonMobil mówią o wzroście wydobycia ropy w tempie zaledwie promili rocznie. Jeszcze nigdy w historii nowoczesnego świata nie mieliśmy długiego okresu tak wolnego wzrostu podaży ropy. Stwierdzenie, że wzrost gospodarczy jest zagrożony, to mocne niedopowiedzenie – jest bardzo możliwe, że ze znanym nam od tak dawna wykładniczym wzrostem światowego PKB przyjdzie się pożegnać. Już teraz piętrzące się długi są niemożliwe do spłacenia, a anemiczny wzrost (o ile w ogóle jakiś będzie), nie wróży dobrze wizjom finansistów marzących o dalszym pompowaniu piramidy długu.

Świat znajduje się obecne w bardzo delikatnej sytuacji: przeciągający się powyżej roku-dwóch wzrost cen ropy w górę czerwonego pola spowoduje kryzys gospodarczy, spadek zaś w dół szarego pola doprowadzi po roku-dwóch do spadku wydobycia.

Ilustracja 2 Zestawienie cen ropy (linia czerwona) z kosztami wydobycia ropy przez zachodnie koncerny naftowe (linia niebieska). Czerwone pole to obszar, w którym wysokie ceny ropy duszą gospodarkę, szare pole to obszar cen zbyt niskich, by stymulować wydobycie. Źródło.

Problemem jest to, że szare pole stopniowo przesuwa się w górę – koszty wydobycia ropy (potrzebne do uruchamiania nowych projektów) rosną, zbliżając się do poziomu, za którym grozi krach gospodarczy. Kiedy jasnoczerwone i szare pole zaczną się nakładać, zrobi się naprawdę niewesoło. Czasu na działanie i dokonanie transformacji uniezależniania się od ropy jest coraz mniej.

Są sygnały, że niebezpiecznie zbliżamy się do tego momentu. Może okazać się, że już weszliśmy w obszar, gdzie wzajemne oddziaływanie obu pól – stanu gospodarki i systemu finansowego vs. możliwości zwiększania wydobycia destabilizuje sytuację. Znaczna część firm i krajów naftowych potrzebuje wysokich dochodów ze sprzedaży. Nie mogą się wycofać i będą wydobywać, niezależnie od cen, aż zbankrutują, ogarną je rewolucje lub zdarzy się coś innego, co zatrzyma wydobycie. W gronie tym są nie tylko firmy wydobywające ropę łupkową w USA, ale też wiele krajów kartelu OPEC i Rosja. Także niektóre wielkie koncerny naftowe, jak np. Shell czy ExxonMobil, nawet jeszcze przed ostatnim spadkiem cen ropy, uznały, że nie widzą opłacalnych projektów naftowych, nawet przy cenach rzędu 100 dolarów za baryłkę. Równocześnie, popyt wraz ze spadkiem cen wcale tak szybko nie rośnie. W zadłużonym po uszy świecie (mają z tym problem nawet Chiny) próby oszczędzania i bilansowania budżetów (podejmowane przez ludzi, firmy i rządy), skutkują mniejszym wzrostem zapotrzebowania na ropę, a więc i zbijają jej cenę, ograniczając tym samym przyszłe wydobycie.

Ostatni spadek cen ropy, do poziomu poniżej 70 dolarów za baryłkę jest nie tylko objawem słabej kondycji światowej gospodarki, ale też agresywnej polityki Arabii Saudyjskiej, która świadomie zbija ceny kontraktów na dostawy ropy. Arabia Saudyjska, choć do zbilansowania budżetu potrzebuje cen ropy powyżej 90 dolarów za baryłkę, dzięki olbrzymim rezerwom finansowym może sobie pozwolić na spadek cen ropy nawet na 2-3 lata do poziomu 50-70 dolarów. W ten sposób będzie mogła doprowadzić do bankructwa konkurencję, zarówno koncerny naftowe, jak i inne, często zadłużone i potrzebujące wysokich cen ropy kraje naftowe (a przy okazji być może też wykupić za niewielkie pieniądze sporą część ich biznesu).

Pierwsze doniesienia mówiły, że działania te prowadzone są na wniosek Stanów Zjednoczonych, chcących zbić dochody Rosji (w 2/3 zależne od sprzedaży ropy i gazu) i w ten sposób utemperować jej imperialne ambicje, przejawiające się między innymi wejściem wojsk rosyjskich na Ukrainę. Jednak tak niskie ceny ropy szczególnie silnie uderzają w wydobywające ropę ze złóż łupkowych firmy amerykańskie. Są one często zadłużone „pod korek” i spadek cen przychodów ze sprzedaży ropy w najlepszym razie zmusi je do skierowania dochodów na obsługę zadłużenia, a przez to ograniczenia inwestycji; w najgorszym zaś do bankructwa.

Niskie ceny ropy nie spowodują oczywiście zatrzymania wydobycia w istniejących instalacjach – jak już coś stoi, to pompuje tanio, a pieniądze są potrzebne do spłaty długu. Zabije to jednak nowe inwestycje. Skoro koncerny naftowe nie były w stanie zwiększyć wydobycia przy cenie przekraczającej 100 dolarów za baryłkę, to co może dziać się przy cenach o 40 dolarów niższych?

W przypadku wydobycia ropy łupkowej (gdzie odwierty robi się szybko, a spadek wydobycia też jest szybki) będzie to oznaczać zauważalny spadek wydobycia już w ciągu roku-dwóch. Może to oznaczać, że szczyt wydobycia ropy z łupków w USA nastąpi nie w przeciągu 3-5 lat, lecz jeszcze szybciej. Wydobycie w wielkich, długo uruchamianych projektów naftowych, takich jak wydobycie ze złóż w Arktyce czy piasków roponośnych, w których od decyzji o rozpoczęciu wydobycia do jego uruchomienia na wielką skalę mija 5-10 lat, nie zostanie dotknięte od razu, jednak decyzje o wstrzymaniu (nieopłacalnych przy tak niskich cenach ropy) odbiją się na przyszłym wydobyciu. Będzie to szczególnie bolesne w przypadku Rosji, która już teraz wchodzi w okres permanentnego spadku wydobycia, dodatkowo pogłębianego powodowanego nową „zimną wojną” masowego wycofywania się z kraju zachodnich koncernów naftowych, bez których zaawansowanych technologii Moskwa nie poradzi sobie z wydobyciem z nowych, ekstremalnie trudnych złóż. Problemy będą mieć też Wenezuela, Nigeria, Libia czy Iran – główny regionalny konkurent Rijadu. W każdym przypadku problemów konkurencji Arabia Saudyjska wygrywa. Na spadku cen ropy na krótką metę wygrywają też jej importerzy, tacy jak Unia Europejska. Na dłuższą metę przegrywa wzrost światowego wydobycia ropy. Oraz jej importerzy.

Warto zauważyć, że do znaczącego spadku cen ropy doszło wraz z wstrzymaniem dodruku pieniędzy QE3 przez amerykański Fed. Światowy system finansowo-gospodarczy coraz bardziej uzależnia się od kroplówki. Spadek cen ropy może dodatkowo prowadzić do deflacji, która w sytuacji systemowego braku wzrostu gospodarczego będzie prowadzić do bankructw i dalszego możliwego spadku cen ropy.

W „Świecie na rozdrożu” prognozowałem, że brak wzrostu wydobycia ropy będzie prowadzić do wzrostu cen, który zdusi gospodarkę, co spowoduje z kolei spadek cen ropy, za którym z pewnym opóźnieniem pójdzie spadek wydobycia. Jednocześnie niskie ceny ropy pozwolą na pewne ożywienie gospodarcze – jednak w związku z wstrzymaniem projektów naftowych (a szerzej – energetycznych) podczas okresu niskich cen ropy (energii), „sufit energetyczny” będzie na niższym poziomie, przez co podaż energii okaże się niewystarczająca, ceny ropy (energii) wzrosną, co z kolei zdusi gospodarkę. Będzie to wyglądało jak seria oscylacji na coraz niższym poziomie, zarówno podaży energii, jak i rozmiaru gospodarki, mniej więcej jak na wykresie poniżej. Cały proces kontrakcji przypominałby schodzenie po schodach, a o ile nie podjęlibyśmy na czas transformacji systemu, skończyłby się jego dogłębnym załamaniem.

Ilustracja 3 O ile w czasach wzrostu nasz obecny system finansowo gospodarczy tylko czasem doznaje relatywnie krótkich recesji, to w świecie kurczącej się gospodarki proporcje mogą się odwrócić – normą stanie się recesja, a odbicia gospodarki – choć będą dawać nadzieję – to będą krótkotrwałymi ewenementami.

Jeśli nie wyrwiemy się z tego kręgu ujemnego sprzężenia zwrotnego między drogą energią a słabnącą gospodarką, to pogarszająca się sytuacja finansowa i gospodarcza doprowadzi do niewypłacalności wielu krajów. Wtedy zakup ropy i innych surowców energetycznych będzie niemożliwy. Nastąpią okresowe wyłączenia prądu. Przerwy w dostawie prądu sparaliżują działanie wciąż funkcjonujących przedsiębiorstw, które dotychczas czyniły (zupełnie oczywiste przecież) założenie, że dostawy energii są stałą i pewną częścią rzeczywistości, że na stacji benzynowej będzie benzyna, a w gniazdku prąd, że działać będą telefony i bankomaty. Nie będą. Zacznie się sypać skomputeryzowana telekomunikacja, system bankowy i sam system energetyczny.

Przed nami może być tak zarysowany scenariusz. Po pierwszym akcie dramatu – kryzysie 2008 roku, spadku cen ropy i ich późniejszym odbiciu do poziomu 100 dolarów spodziewałem się dalszego wzrostu cen ropy. Jednak okazało się, że duszona w ostatnich latach cenami ropy przekraczającymi 100 dolarów za baryłkę światowa gospodarka nie wróciła na ścieżkę rzeczywistego wzrostu (większość wzrostu była wirtualnie skreowana prowadzoną przez banki centralne polityką łatwego pieniądza), a przeciągający się stan braku wzrostu doprowadził do sytuacji, w której gospodarka światowa okazała się tak słaba, a wzrost popytu na ropę (i inne źródła energii) tak anemiczny, że nawet niewielki wzrost wydobycia w ostatnim czasie nie został skonsumowany (bez tego gambit grającej na wyeliminowanie konkurencji Arabii Saudyjskiej nie miałby szans powodzenia).

Niskie ceny ropy zniechęcają firmy naftowe do uruchamiania nowych projektów. W 2015 roku na nowe projekty planowały przeznaczyć około 800 mld dolarów. Przy cenie 82 dolarów za baryłkę 1/5 nie zostanie prawdopodobnie zatwierdzona. Przy cenie 70 dolarów za baryłkę może to dotyczyć już połowy.

W 2008 roku spadek cen ropy poprzedził kryzys gospodarczy o kilka miesięcy. Jak będzie tym razem? To złożone pytanie, zależące głównie od tego, jak długo banki centralne będą w stanie przeciągać swoją grę w wirtualny wzrost zasilany gwałtownie rosnącą górą długu. Kolejny tydzień? Rok? Dekadę? Byłoby to może i korzystne – gdybyśmy przeznaczyli ten czas na transformację, w tym szczególnie na rewolucję energetyczną. Jeśli zamiast tego będziemy tracić czas przejadając zasoby i udając, że stary system da się utrzymywać w nieskończoność, czekająca nas (tak czy inaczej nieunikniona) transformacja będzie pełna niedoborów, biedy, niepokojów społecznych i konfliktów o zasoby.

Za późno jest już na uniknięcie zderzenia – to już się zaczęło. W sytuacji, w której się znaleźliśmy, nie ma bezbolesnego rozwiązania. Ale możemy wciąż podjąć działania łagodzące jego konsekwencje.