gohome en
Cycling-Recycling
tytul: Kartoniki to ekologiczne opakowania!tytul: EkoWalentynki 2015tytul: Nie strzelam w Sylwestra!tytul: Ropa, the endtytul: Co z tą ropą? cdtytul: Co z tą ropą?tytul: Recykling zakwitł w Bielsko Białejtytul: Kartoniki do recyklingu, nie do śmieci!
min
PRZECZYTAJ

Ropa, trzecia odsłona

Gdyby Chińczycy przyjęli motoryzacyjne zwyczaje Amerykanów, do obecnego miliarda jeżdżących po świecie samochodów doszedłby kolejny miliard. (...)

Źródło: www.ziemianarozdrozu.pl

Jednocześnie po stronie popytu mamy postępującą motoryzację Chin, Indii i innych krajów rozwijających się. Liczące 1,35 mld ludzi Chiny, rosnąc o 8% rocznie, do 2035 roku osiągną obecny amerykański poziom dochodu na osobę. Gdyby Chińczycy przyjęli motoryzacyjne zwyczaje Amerykanów, do obecnego miliarda jeżdżących po świecie samochodów doszedłby kolejny miliard, a do zaspokojenia potrzeb paliwowych Chin potrzebne byłoby całe obecne światowe wydobycie ropy. Nawet jeśli Chińczycy przejmą obecne zwyczaje motoryzacyjne swoich całkiem energooszczędnych sąsiadów z Korei Południowej, to dla samych Chin nie wystarczyłby cały światowy eksport ropy. Dodajmy do Chin równie ludne Indie oraz kolejne 3 mld ludzi w krajach rozwijających się, którzy aspirują do życia w komforcie, samochodu i wakacji w dalekich krajach.

Ruch miejski w Chinach

Ilustracja 1 Chiny – największy rynek motoryzacyjny świata. W 2013 roku sprzedaż aut sięgnęła 22 milionów – o 14% więcej niż rok wcześniej.

A zatem? Czy Chiny, Indie przestaną rosnąć? Czy ich wzrost będzie odbywał się bez ropy – a jeśli tak, to jak tego dokonają? Czy jeśli będą rozwijać się podobną drogą, co ich sąsiedzi, ciśnienie popytowe tych dwóch państw odbierze ropę innym, doprowadzi do niespotykanego wzrostu cen paliwa, recesji gospodarczej na świecie, załamania się gospodarek innych krajów i wojen o ropę? Każdy ze scenariuszy niesie za sobą poważne implikacje energetyczne, gospodarcze i polityczne.

Wyraźnie widać, że świat ma problem, bo nagle połowa ludności świata postanowiła naśladować styl życia 1⁄10 jego ludności zamieszkującej tereny USA i Europy – oni też chcą jeździć samochodami i kupować żywność w hipermarketach.

Co ważniejsze, ludzie ci są zdeterminowani, żeby polepszyć swój los. Nie wrócą już do swoich lepianek. Siedzieli w nich długo i z własnej woli raczej nie planują do nich wrócić. Jeśli przyjąć, że mieszkańcy Chin, Indii, Brazylii i innych krajów rozwijających się mają pełne prawo, żeby żyć tak jak my, a ich kraje będą dążyć do naśladowania naszego sposobu życia, to do 2030–2040 roku zapotrzebowanie na ropę podwoi się.

Przy stagnacji podaży i wzroście popytu możemy spodziewać się wzrostu cen. Jest on zresztą potrzebny koncernom naftowym, jeśli te mają uruchamiać nowe projekty naftowe, by dalej zwiększać wydobycie, czy choćby utrzymać je na dotychczasowym poziomie. Jednak, ceny są już na tak wysokim poziomie, że dusi to gospodarkę, wpychając ją w recesję, a przez to ograniczając popyt na ropę. Piszemy o tym dalej.

Unia Europejska wie, że ma poważny problem. Miejscowe złoża ropy (głównie na Morzu Północnym) są mocno wyeksploatowane, a wydobycie z nich w ciągu ostatniej dekady spadło o ponad połowę. Nawet jeśli do bilansu dopisać będącą eksporterem ropy Norwegię, to i tak sytuacja wygląda fatalnie. Zużycie ropy wynosi około 13 milionów baryłek dziennie, a własne wydobycie 3 miliony. Skąd bierzemy brakujące nam 10 milionów baryłek dziennie? Z importu, oczywiście – z Bliskiego Wschodu, Rosji, Algierii, Nigerii i tak dalej.

Ilustracja 2 Wydobycie i zużycie ropy w Europie (kraje UE+Norwegia).

Ile nas to kosztuje? Import 10 mln baryłek dziennie po około 100 dolarów za sztukę to koszt miliarda dolarów dziennie. Co można by zrobić na miejscu, jakie inwestycje poczynić za miliard dolarów dziennie? Jak mamy mieć zdrową gospodarkę, skoro codziennie wysyłamy za granicę takie środki na zakup jednego surowca? Oczywiście, nie moglibyśmy z dnia na dzień zrezygnować z importu ropy, bo rozłożyłoby to gospodarkę, jednak Unia Europejska dobrze rozumie, że inwestycje w celu ograniczenie zużycia ropy i jej importu są w jej najlepszym interesie.

Tak czy inaczej przy stagnacji wydobycia ropy i coraz większym jej zużyciu przez Chiny, Indie i inne kraje rozwijające się, a także samych eksporterów ropy (kraje OPEC to kraje o wyjątkowo szybkim przyroście naturalnym, ze zniechęcającymi do oszczędności „tradycjami” taniego paliwa oraz bogacącymi się społeczeństwami, co sprzyja wzrostowi zużycia energii) dla pozostałych krajów pozostawać będzie coraz mniej ropy.

Dostosowywanie popytu do podaży będzie bolesne. Trzeba zauważyć, że mający miejsce w kilku ostatnich latach spadek zużycia ropy w UE to niestety nie tyle efekt działań proefektywnościowych, co przede wszystkim kryzysu gospodarczego (stają inwestycje, biedniejsi ludzie ograniczają jazdę) – szczególnie głęboki spadek zużycia ropy ma miejsce w krajach najsilniej dotkniętych przez kryzys (spadek powyżej 20% miał miejsce w krajach PIIGS: Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, Irlandii i Grecji – w tym ostatnim przypadku przekraczając 34%).

Polska nie ma liczących się zasobów ropy, musimy ją więc importować, w lwiej części z Rosji. Ile nas to kosztuje? Oto zestawienie rocznych kosztów importu ropy w 2013 roku z wpływami budżetu państwa z VAT, PIT i CIT.

Ilustracja 3 Zestawienie kosztów importu ropy z wpływami budżetu państwa z VAT, PIT i CIT. Import ropy odpowiada 22,2% całości wpływów budżetu państwa. Źródło.

Import ropy w 2013 roku kosztował nas blisko 64 miliardy złotych. To odpowiednik ponad 22% wpływów budżetu państwa. I są to zupełnie inne pieniądze, niż te, które państwo zbiera z podatków. Nie lubimy zwykle płacenia podatków – jednak z drugiej strony oczekujemy, że państwo opłaci nauczycieli, lekarzy, urzędników, policjantów, żołnierzy, strażaków i sfinansuje jeszcze sporo innych rzeczy. Państwo zbiera więc podatki i płaci za nie na przykład nauczycielowi. Ten idzie do sklepu i kupuje chleb. Sklep płaci podatek, podobnie piekarz, młynarz i rolnik, który dostarczył ziarno na mąkę. Co by nie mówić o tym, jak budżet mądrze lub głupio wydaje pieniądze, to zasadniczo rzecz biorąc krążą one w naszej gospodarce.

Tymczasem pieniądze, za które kupujemy ropę, wędrują do oligarchów na Kremlu. I tyle je widzimy. Co moglibyśmy zrobić za te pieniądze? To kwota odpowiadająca łącznej cenie kilku tysięcy autobusów, kilku tysięcy tramwajów, 100 tysięcy kilometrów asfaltowych ścieżek rowerowych, kilku tysięcy kilometrów szybkiej kolei oraz 20 Centrów Nauki Kopernik. Co roku.

Oczywiście, nie jesteśmy w stanie zrezygnować z zakupów ropy, bo sparaliżowałoby to naszą gospodarkę. Jesteśmy uzależnieni od ropy i z dnia na dzień od niej odejść się nie da. Co by jednak było, gdyby cena ropy wzrosła do 200 lub 300 dolarów za baryłkę? W takim scenariuszu wysyłalibyśmy do Rosji odpowiednik większości wpływów budżetu państwa. Długo by nas było na to stać? Po jakim czasie powiedzielibyśmy „pas”? Czy Rosja wysłałaby nam ropę, gdybyśmy nie mieli czym za nią zapłacić? Albo ktokolwiek inny? Co wtedy stałoby się z naszym transportem, rolnictwem i całą resztą gospodarki? Strach myśleć.

Czy to zupełnie niemożliwy scenariusz? Biorąc pod uwagę, że sięgamy po coraz trudniejsze i droższe w eksploatacji złoża, bo innych po prostu już nie ma, a także rosnący popyt ze strony Chin, Indii i samych krajów naftowych, należy liczyć się ze wzrostem cen. Jak długo taki wzrost może trwać? 10 lat? 20 lat? 30 lat? To, że nie możemy być pewni, wcale nie zmniejsza ryzyka. Owszem, możemy mieć szczęście, ale wcale nie jest to zagwarantowane. Przykładowo, w swoim raporcie z 2012 roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy analizuje prognozy wydobycia i cen ropy bazujące na modelu uwzględniającym zarówno konieczność eksploatacji coraz trudniejszych złóż, jak i stymulację wydobycia przez coraz wyższe ceny, przewidując, że możliwe będzie zwiększanie wydobycia o 0,9% rocznie, lecz kosztem prawie podwojenia cen ropy do 2020 roku.

Owszem, to jedna z bardziej agresywnych prognoz wzrostu cen, ale podkreśla ona, że do końca nie możemy być pewni tego, co nastąpi. Swoje mogą zrobić też ryzyka geopolityczne. Jeśli pewnego dnia dojdzie do konfliktu Izraela z Iranem (który zablokuje cieśninę Ormuz, przez którą przepływa 40% światowego eksportu ropy), destabilizacji sytuacji w Iraku czy nawet arabskiej wiosny w Arabii Saudyjskiej, ceny ropy gwałtownie skoczą w górę. Wcale nie jest pewne, jak wiele czasu mamy na głęboką transformację naszej infrastruktury (szczególnie transportowej) na potrzebującą ułamka obecnej ilości ropy. Im szybciej zaczniemy, tym lepiej, bo będzie to długotrwała transformacja, która nawet dynamicznie i zdecydowanie przeprowadzona zajmie co najmniej 20 lat.

Ministerstwo Finansów otwarcie mówi, że wysoka efektywność energetyczna jest mu nie na rękę, bo chce mieć jak największe wpływy z akcyzy ze sprzedaży paliw. Logika ta miałaby sens, gdyby Minister Finansów prowadził firmę mającą maksymalizować swoje dochody. Ale tak nie jest: budżet państwa to nie budżet firmy Ministra Finansów czy Premiera, lecz wspólny „worek” obywateli, do którego zrzucamy się, aby mieć pieniądze na cele uważane przez społeczeństwo za zasługujące na finansowanie (opieka zdrowotna, policja, wojsko, szkolnictwo, …). Importujemy ropę, gaz i węgiel, płacąc za to corocznie ponad 80 miliardów złotych. Każda dodatkowa tona ropy, gazu czy węgla oznacza więcej pieniędzy wysłanych za granicę, głównie do kremlowskich oligarchów. Patrząc na to z tej szerszej perspektywy, uświadamiamy sobie, że polską racją stanu powinno być zmniejszanie zużycia paliw kopalnych a nie pompowanie ich zużycia i importu. Jak zauważył Waldemar Pawlak: „ci, którzy są przeciwko energii odnawialnej są poniekąd koalicjantami Gazpromu”.

Po czyjej stronie powinien stać polski rząd: Polaków czy Gazpromu? Bardzo głęboka redukcja zużycia ropy jest polską racją stanu. Teraz jeszcze stać nas na przebudowę infrastruktury na niskoenergetyczną. A czy stać nas będzie, gdy będziemy wysyłać do Rosji kwotę odpowiadającą większości wpływów budżetu państwa? To także różnica, czy pieniądze zostają u nas w kraju, dając miejsca pracy, czy bezpowrotnie go opuszczają.

Źródło: www.ziemianarozdrozu.pl